Technikum i „zawodówka” kształcą fachowców, których brakuje. Razem chce przywrócić im rangę

Do techników i szkół branżowych chodzi dziś więcej młodzieży niż do liceów ogólnokształcących, a zawody, których tam się uczy, od lat są najbardziej deficytowe na rynku pracy. Mimo to w potocznym rankingu prestiżu nauka zawodu wciąż stoi niżej. Razem chce, by państwo traktowało ją na równi z liceum i dostrajało do realnego popytu.

Warsztat techniczny w zespole szkół zawodowych „Samochodówka” w Tomaszowie Mazowieckim — stanowiska do praktycznej nauki zawodu.

W potocznym rankingu szkół średnich kolejność jest ustalona od dawna: najpierw liceum ogólnokształcące, potem technikum, na końcu szkoła branżowa, dawna „zawodówka”. Ta hierarchia trzyma się mocno w głowach rodziców i nauczycieli, choć rozmija się i z liczbami, i z rynkiem pracy. Do szkół uczących zawodu chodzi dziś większa część rocznika niż do liceów, a fachowców, których one kształcą, brakuje w gospodarce bardziej niż kogokolwiek innego.

Ilu uczniów wybiera technikum i szkołę branżową?

Statystyka nie zostawia miejsca na obraz „zawodówki jako marginesu”. W roku szkolnym 2024/2025 do techników uczęszczało 687,7 tys. uczniów w 1848 szkołach, a do branżowych szkół I stopnia — 212,4 tys. uczniów w 1697 placówkach; dane pochodzą z raportu GUS „Oświata i wychowanie”. Razem daje to blisko 900 tys. młodych ludzi uczących się konkretnego fachu.

Dla porównania w liceach ogólnokształcących uczyło się 863,2 tys. osób — czyli mniej niż w całym pionie zawodowym łącznie. Ścieżka, którą obiegowa opinia traktuje jako plan awaryjny dla słabszych, jest w rzeczywistości wyborem większości nastolatków kończących podstawówkę. Skoro tak wygląda skala, pytanie „dlaczego wciąż uchodzi za gorszą” przestaje być pytaniem o statystykę, a staje się pytaniem o utrwalone wyobrażenie i o to, ile państwo w ten pion faktycznie inwestuje.

Dlaczego kształcenie zawodowe uchodzi za gorszy wybór?

Etykieta ma swoją historię. Przez dekady liceum było w polskiej wyobraźni społecznej drogą „w górę”: prostą przepustką na studia i do pracy umysłowej, a więc do awansu. Nauka rzemiosła zostawała po drugiej stronie tej samej osi — jako trasa dla tych, którym „nie wyszło”. Reforma z 2017 roku przemianowała zasadnicze szkoły zawodowe na branżowe i rozbiła kształcenie na dwa stopnie, lecz sama zmiana nazwy nie ruszyła głęboko zakorzenionego rankingu prestiżu.

Do wyobrażenia dokłada się realny problem jakości, którego nie warto zamiatać pod dywan. Według europejskiego przeglądu edukacji Komisji Europejskiej co czwarty absolwent branżowej szkoły I stopnia opuszcza ją bez świadectwa potwierdzającego kwalifikacje zawodowe, a wskaźnik zatrudnienia niedawnych absolwentów kształcenia zawodowego wyniósł w 2024 roku 75,4 proc. wobec 80,0 proc. średniej unijnej i unijnego celu na poziomie 82 proc. Te liczby czyta się jednak dwojako. Można w nich zobaczyć dowód, że „zawodówka nie daje pracy” — albo dowód, że pion, który kształci prawie milion uczniów, jest przez państwo niedofinansowany i pozostawiony sam sobie. Świadectwa nie biorą się znikąd: potrzebne są aktualny sprzęt, kadra mistrzów zawodu i pracownie, które nadążają za technologią.

Etykieta gorszego wyboru nie opisuje więc rzeczywistości, lecz ją współtworzy. Im mocniej traktujemy naukę zawodu jako gorszą, tym mniej środków i uwagi do niej trafia, a im mniej trafia, tym łatwiej wskazać słabsze wyniki jako potwierdzenie pierwotnego uprzedzenia. Ten sam mechanizm — pieniądz idący za utrwalonym rankingiem placówek, a nie za realną potrzebą — opisujemy przy okazji likwidacji małych szkół na wsi. W obu przypadkach o losie ucznia decyduje nie jakość nauczania, lecz sposób, w jaki system rozdziela środki i szacunek.

Czego rynek pracy oczekuje od absolwentów zawodówek?

Popyt na fachowców jest dziś twardym faktem, nie życzeniem. W prognozie „Barometru zawodów” na 2025 rok, przygotowanej na zlecenie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, za deficytowe na poziomie kraju uznano 23 zawody, a żaden zawód nie znalazł się w grupie nadwyżkowych. W czołówce zawodów, w których pracodawcom najtrudniej znaleźć ludzi, stoją profesje wprost wychodzące z techników i szkół branżowych: dekarze i blacharze, spawacze, elektrycy, murarze i tynkarze, operatorzy maszyn, mechanicy oraz kierowcy autobusów i samochodów ciężarowych. To fach, na którym opiera się budowa mieszkań, remont sieci energetycznej i codzienny transport.

Deficyt spotyka się jednak z drugim zjawiskiem, które komplikuje obraz: absolwenci nie zawsze lądują w wyuczonym zawodzie, a treść programów nie zawsze odpowiada temu, czego oczekuje lokalny pracodawca. Gospodarka potrzebuje spawacza, technikum wypuszcza absolwenta z dyplomem, który do konkretnego stanowiska trzeba jeszcze dostroić. Między ofertą kwalifikacji a mapą realnych wakatów jest luka — i to właśnie w jej domknięciu, a nie w kolejnej kampanii o „docenianiu fachu”, leży sedno sprawy.

Zawody deficytowe różnią się między regionami — inne wakaty otwierają się w powiecie z fabryką, inne w gminie turystycznej. Dlatego oferta konkretnej szkoły branżowej ma sens tylko wtedy, gdy powstaje w powiązaniu z lokalnym i regionalnym rynkiem pracy, a nie według jednego szablonu dla całego kraju (dane poglądowe — pełne prognozy powiatowe publikuje Barometr zawodów).

Co proponuje Razem

Punktem wyjścia Razem jest zrównanie statusu: nauka zawodu ma być traktowana na równi z liceum, a nie jako jego gorszy substytut — i jednocześnie dostrajana do tego, czego rzeczywiście brakuje w gospodarce.

Przywrócimy szkołom uczącym zawodu (szkoły branżowe i technika) miejsce w debacie publicznej równoważne z liceami ogólnokształcącymi. Wprowadzimy mechanizmy adaptacji do zmieniającego się rynku pracy oraz do konkretnych potrzeb regionalnych i lokalnych. Zapewnimy szeroką i aktualizowaną na bieżąco ofertę kwalifikacji.— Partia Razem — „Program dla edukacji” (2023), partiarazem.pl
  • Ranga równa liceom — miejsce w debacie publicznej równoważne z ogólnokształcącymi, żeby wybór technikum czy szkoły branżowej przestał uchodzić za wybór gorszej ścieżki.
  • Adaptacja do rynku pracy — mechanizmy dostosowania kształcenia do zmieniającego się rynku oraz do konkretnych potrzeb regionalnych i lokalnych, wraz z szeroką, aktualizowaną na bieżąco ofertą kwalifikacji, tak by domknąć lukę między dyplomem a realnym wakatem.
  • Godne wynagrodzenie dla uczących się zawodu — zgodnie z rozdziałem „Szkoła równych szans” deklaracji programowej Razem zapowiada podwyższenie minimalnego wynagrodzenia dla uczniów w szkołach zawodowych i branżowych, bo praktyczna nauka fachu jest realną pracą i tak powinna być opłacana.

Każdy z tych punktów kosztuje: nowoczesne pracownie, kadra mistrzów zawodu i pensje dla praktykantów wymagają pieniędzy, których w oświacie dziś brakuje. Dlatego cała ta zmiana stoi na tym samym fundamencie co reszta programu edukacyjnego — na postulacie co najmniej 6 proc. PKB na edukację. Więcej tekstów o tym, jak zrównać status nauki zawodu i dostroić ją do gospodarki, zbieramy w dziale Kształcenie zawodowe.

Źródła i dalsza lektura