Przedszkole zamyka się, zanim rodzic skończy pracę

Publiczne przedszkole gwarantuje bezpłatną opiekę tylko przez pięć godzin, a poza nimi kalendarz rodzica i kalendarz placówki rozjeżdżają się: po południu opłata, w weekend nic, w wakacje przerwa. Rachunek za tę lukę płacą najczęściej matki — pracą, której nie mogą podjąć. Razem chce sieci opieki popołudniowej i weekendowej w wybranych placówkach.

Zegar na ścianie szkolnej klasy — gdy wskazówki mijają godzinę zamknięcia placówki, opieka się kończy, a etat rodzica wciąż trwa.

Rodzic, który pracuje na cały etat, i przedszkole, do którego prowadzi dziecko, żyją według dwóch różnych zegarów. Państwo gwarantuje bezpłatną opiekę przez pięć godzin dziennie — a etat trwa osiem, do tego dochodzi dojazd. Ta różnica nie znika sama: przekłada się na rachunek, na nerwowe telefony „kto dziś odbierze" i, coraz częściej, na decyzję jednego z rodziców, żeby ograniczyć pracę.

Na ile godzin naprawdę otwarte jest przedszkole?

Prawo oświatowe definiuje przedszkole publiczne jako takie, które zapewnia bezpłatne nauczanie, wychowanie i opiekę „w czasie ustalonym przez organ prowadzący, nie krótszym niż 5 godzin dziennie" (art. 13 ust. 1). Gmina wyznacza, w jakich ramach mieszczą się te bezpłatne godziny — zwykle jest to blok w rodzaju ósma–trzynasta. Poza nim opieka trwa dalej, ale przestaje być darmowa.

Sama placówka bywa czynna dłużej: typowo od 6:00–6:30 do 16:00–17:00, a dzieci przyprowadzane wcześnie i odbierane późno trafiają do grup łączonych na początku i na końcu dnia. Problem w tym, że bezpłatne pięć godzin pokrywa środek dnia, a nie jego brzegi — czyli dokładnie te pory, w których rodzic dojeżdża do pracy i z niej wraca. Dziecko odbierane o piętnastej czy szesnastej spędza w przedszkolu dziewięć godzin, z czego cztery są płatne.

Za każdą rozpoczętą godzinę ponad bezpłatny limit gmina może pobrać opłatę. Ustawa o finansowaniu zadań oświatowych ustaliła jej pułap na 1 zł i waloryzuje go co roku; od 1 września 2024 roku stawka maksymalna wynosi 1,44 zł za godzinę. Cztery godziny ponadwymiarowe przez około dwadzieścia dni w miesiącu to maksymalnie ok. 115 zł — za samą opiekę, bez wyżywienia. Ile z tego wychodzi w skali rocznego rachunku, rozkładamy w tekście o ukrytych opłatach w „bezpłatnym" przedszkolu.

Co z opieką po południu, w weekendy i w wakacje?

Standardowy dzień przedszkola kończy się wtedy, gdy dla wielu rodziców praca wciąż trwa. Zmiana popołudniowa, dyżur w handlu, praca w szpitalu czy w transporcie nie mieszczą się w oknie „do siedemnastej". Po godzinach zamknięcia placówki opieka po prostu się urywa — i rodzic musi ją zorganizować sam: babcia, sąsiadka, płatna niania albo rezygnacja z części grafiku.

Weekend to biała plama niemal wszędzie. Publiczne przedszkola pracują od poniedziałku do piątku, więc rodzic pracujący w soboty — a takich jest w handlu, gastronomii czy usługach bardzo wielu — nie ma się gdzie zwrócić. Podobnie wygląda kalendarz: ferie, przerwy świąteczne i wakacje układają się pod rok szkolny, nie pod urlopowy limit pracownika. Latem placówki pełnią dyżury rotacyjnie, często w innym budynku i przez część miesiąca, co znaczy tyle, że przez kilka tygodni dziecko może nie mieć dokąd pójść. Urlop rodzica wynosi dwadzieścia sześć dni w roku; przerwy w opiece są dłuższe.

Trzeba to powiedzieć uczciwie: dyrektorzy nie mają tu wielkiego pola manewru — placówka działa w ramach, jakie wyznacza jej finansowanie i liczba etatów, a bezpłatne okno pięciu godzin ustala rada gminy, nie rodzic. Skutek dla rodziny bywa jednak taki sam niezależnie od przyczyny: opieka jest wtedy, kiedy pasuje systemowi, a nie wtedy, kiedy jest potrzebna do utrzymania pełnego etatu. Rodzic bez zaplecza w postaci dziadków czy pieniędzy na płatną nianię zostaje z tym problemem sam — i to on, a nie placówka, ponosi koszt niedopasowania.

Kto płaci za tę lukę?

Rachunek za rozjazd między godzinami pracy a godzinami opieki rzadko trafia po równo. Główny Urząd Statystyczny pokazuje to w danych o bierności zawodowej: obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu są przyczyną bierności dla 10,6 proc. biernych zawodowo kobiet i zaledwie 1,3 proc. mężczyzn, a kobiety stanowią ponad 60 proc. wszystkich biernych zawodowo. Za neutralnym słowem „bierność" kryje się zwykle konkretna sytuacja: nie ma z kim zostawić dziecka po południu albo w wakacje, więc ktoś zostaje w domu.

Widać to też w zestawieniu europejskim. Według Eurostatu obecność dzieci obniża zatrudnienie kobiet i podnosi zatrudnienie mężczyzn: w Unii pracowało 72 proc. matek wobec 77 proc. kobiet bez dzieci, a wśród mężczyzn — 91 proc. ojców wobec 81 proc. mężczyzn bezdzietnych (dane za 2020 rok). Rodzicielstwo popycha kobiety i mężczyzn w przeciwne strony rynku pracy, a opieka nad małym dzieckiem jest jednym z kół zębatych tego mechanizmu.

W Polsce ten rozjazd ma dodatkowy rys. Praca na część etatu jest u nas znacznie rzadsza niż w większości krajów Unii, więc rodzic, któremu brakuje opieki, rzadko może po prostu „zejść na pół etatu". Dostosowanie przybiera formę ostrzejszą: całkowite wyjście z rynku pracy albo odłożenie powrotu po urlopie rodzicielskim. Dostępna, obejmująca cały dzień opieka to warunek, żeby ten wybór w ogóle się nie pojawił.

Co proponuje Razem

Zapewnimy miejsca w publicznych przedszkolach i żłobkach dla wszystkich dzieci. W wybranych placówkach zorganizowana zostanie sieć opieki popołudniowej i weekendowej.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Szkoła równych szans”, partiarazem.pl
  • Sieć opieki popołudniowej i weekendowej w wybranych placówkach — punkty czynne poza standardowymi godzinami, dla rodziców pracujących na zmiany, w handlu, w usługach i w ochronie zdrowia.
  • Opieka dopasowana do etatu, nie odwrotnie — bezpłatność i dostępność obejmujące realny czas pobytu dziecka, żeby pełny etat obojga rodziców nie zależał od tego, kto akurat może odebrać malucha o trzeciej.
  • Miejsce dla każdego dziecka jako punkt wyjścia — cel minimum 96 proc. dzieci objętych edukacją przedszkolną, który Polska jako średnia spełnia (97,2 proc.), ale który nie mówi nic o godzinach; opisujemy go w tekście o celu unijnym i przepaści między miastem a wsią.

Głębszy sens tego postulatu jest gospodarczy. Kiedy opieka kończy się przed końcem etatu, z rynku pracy znika część rąk — najczęściej kobiecych — a rodzina traci drugą pensję. Dlaczego wysokość płac i aktywność zawodowa napędzają cały wzrost gospodarczy, tłumaczymy w serwisie gospodarczym Razem, w tekście o płacach a wzroście gospodarczym. A o tym, że dostępność miejsc musi iść w parze z jakością opieki, piszemy przy okazji projektu limitu 18 dzieci w grupie. Więcej tekstów o najmłodszych zbieramy w hubie Przedszkola i żłobki.

Źródła i dalsza lektura