Zamknięta szkoła na końcu wsi. Jak nierówny jest dostęp do edukacji w Polsce

W 2025 roku samorządy zlikwidowały 148 publicznych podstawówek — 146 z nich na wsi. Decyduje nie jakość nauczania, tylko arytmetyka: system finansowania idzie za uczniem, więc mała szkoła robi się „za droga”. Razem chce sposobu finansowania, który nie wymusza zamykania mniejszych placówek i utrzymuje odpowiednią gęstość szkół.

Główna droga przez polską wieś — gdy znika miejscowa szkoła, ta droga zamienia się w codzienny dojazd do placówki w sąsiedniej gminie.

Likwidacja szkoły rzadko wygląda na decyzję polityczną. Przychodzi jako tabela: liczba uczniów, koszt utrzymania, wysokość subwencji, deficyt do pokrycia z gminnego budżetu. Radni głosują nad zamknięciem, bo arytmetyka „się nie spina” — i w tej arytmetyce ginie fakt, że dla dziecka z końca wsi chodzi o to, czy szkoła jest w zasięgu roweru, czy dopiero po godzinie w autobusie. O tym, gdzie postawić granicę opłacalności, decyduje sposób, w jaki państwo rozdziela pieniądze na oświatę.

Ile szkół wiejskich znika?

Skala nie jest marginalna. W 2025 roku samorządy zlikwidowały 148 publicznych szkół podstawowych, z czego 146 na wsi, a 123 z zamykanych placówek liczyło do 70 uczniów — dane resortu edukacji z Systemu Informacji Oświatowej. Rozkład tych likwidacji jest jednoznaczny: znikają przede wszystkim szkoły małe i położone na wsi. Najwięcej cięć zanotowano w województwach lubelskim, podkarpackim i dolnośląskim.

Podobną falę Polska przeszła już wcześniej. W latach 2007–2012 gminy zlikwidowały blisko tysiąc szkół podstawowych, również w większości na terenach wiejskich. U podłoża tamtej i obecnej fali leży ten sam mechanizm finansowania i ta sama presja demograficzna.

Bo w tle jest niż, i to głęboki. Ministerstwo edukacji szacuje, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat z przedszkoli i podstawówek ubędzie ponad milion uczniów. Mniej dzieci to mniejsze klasy, a przy dzisiejszych regułach finansowania mniejsza klasa oznacza deficyt. Samego niżu demograficznego żadna uchwała nie cofnie, ale to, czy każde puste miejsce w ławce ma automatycznie przybliżać szkołę do likwidacji, zależy już nie od demografii, tylko od przyjętych reguł finansowania — i te akurat można zmienić.

Dlaczego mała szkoła jest „za droga”?

Odpowiedź tkwi w konstrukcji subwencji oświatowej. Państwo przekazuje samorządom pieniądze według algorytmu, w którym podstawą jest kwota na jednego ucznia — w 2024 roku podstawowy standard finansowy wyniósł około 7,9 tys. zł na ucznia. Pieniądz w tym algorytmie podąża za dzieckiem, koszty szkoły — nie: budynek trzeba ogrzać tak samo przy dwudziestu, jak i przy dziesięciu uczniach w klasie, a etat nauczyciela danego przedmiotu jest jeden niezależnie od tego, ilu ma słuchaczy. Im mniej dzieci, tym wyższy koszt przypadający na każde z nich — i tym większa dziura, którą gmina musi dopłacić z własnej kieszeni.

Ustawodawca zna ten efekt i próbuje go łatać. Właśnie dlatego w subwencji istnieją osobne wagi dla małych szkół, a jedną z nich podniesiono z 0,33 do 0,4, żeby wzmocnić placówki zależnie od zamożności gminy i liczby uczniów. Dopłata pomaga, ale nie zmienia logiki: mała szkoła wciąż startuje z pozycji „nieopłacalnej” i wciąż musi udowadniać, że warto ją utrzymać. Widać to w statystyce likwidacji — spośród 148 zamkniętych w 2025 roku placówek 123 liczyły do 70 uczniów. O losie placówki nie przesądza więc poziom nauczania, lecz jej rozmiar — wśród powodów likwidacji próżno szukać słabych wyników dydaktycznych.

To rozróżnienie ma znaczenie, bo mała szkoła bywa dobrą szkołą. Kilkunastoosobowa klasa oznacza więcej uwagi nauczyciela dla każdego dziecka — dokładnie to, o co w większych ośrodkach walczy się przez ustawowe limity liczebności klas. Paradoks polega na tym, że wieś ten atut ma z konieczności, a system każe jej za niego płacić deficytem.

Co traci dziecko, gdy znika szkoła z wsi?

Zamknięcie placówki nie kończy edukacji — przesuwa ją dalej. Prawo nakazuje gminie zorganizować bezpłatny dowóz, gdy droga dziecka do szkoły przekracza 3 kilometry w klasach I–IV i 4 kilometry w starszych. Na papierze to gwarancja. W praktyce autobus objeżdża okoliczne wsie po kolei, więc kilka kilometrów w linii prostej zamienia się w długą pętlę, a dziecko z pierwszej klasy spędza w drodze i w świetlicy więcej czasu niż na lekcjach. Zamknięcie wiejskiej szkoły staje się w ten sposób częścią szerszego wykluczenia komunikacyjnego — o dojeździe i autobusie do każdej gminy piszemy w serwisie o transporcie, w tekście o wykluczeniu komunikacyjnym.

Dane poglądowe: rzeczywisty czas dojazdu zależy od kształtu trasy i liczby przystanków w danej gminie, ale przy okrężnych trasach szkolnego autobusu potrafi sięgać nawet godziny w jedną stronę. To codzienny koszt, którego nie widać w tabeli kosztów utrzymania szkoły.

Ta nierówność nie zaczyna się w podstawówce i nie na niej kończy. Widać ją już na starcie: w roku szkolnym 2024/2025 wychowaniem przedszkolnym objętych było w miastach ponad 115 na 100 dzieci, a na wsi tylko 74 na 100 — o czym piszemy szerzej przy okazji unijnego celu 96 proc. i luki miejsc w żłobkach. Ta sama linia biegnie dalej, aż po studia, gdzie objawia się jako podział na Polskę A i B — opisujemy go w serwisie o nauce, w tekście o uczelniach regionalnych i podziale na Polskę A i B. Na każdym szczeblu edukacji dziecko z małej miejscowości ma do pokonania dłuższy dystans do tego samego wykształcenia, a im dłuższy ten dystans i im więcej barier po drodze, tym większa część roczników odpada z systemu, zanim dojdzie do jego końca.

Co proponuje Razem

Razem proponuje, by punktem wyjścia była dostępność szkoły dla dziecka, a dopiero w drugiej kolejności rachunek jej utrzymania — czyli by zmienić samo kryterium, według którego państwo rozdziela pieniądze na oświatę.

Sposób finansowania edukacji będzie promował jakość nauczania i dobrostan osób uczących się, a nie wielkość szkoły, nie wymuszając zamykania mniejszych placówek. Zapewnimy odpowiednią gęstość placówek edukacyjnych.— Partia Razem — „Program dla edukacji” (2023), partiarazem.pl

Warunkiem tego wszystkiego są pieniądze, których w oświacie dziś nie ma: cała ta konstrukcja stoi na postulacie co najmniej 6 proc. PKB na edukację i pensji nauczycieli z budżetu państwa. Więcej tekstów o tym, jak szkoła ma wyrównywać, a nie utrwalać nierówności, zbieramy w dziale Wyrównywanie szans.

Źródła i dalsza lektura