Szkoła otwarta po dzwonku. Bezpłatne zajęcia i świetlice zamiast pustego popołudnia

Po ostatniej lekcji polskie dzieci rozchodzą się dwiema drogami: jedne idą na angielski, basen i korepetycje, bo rodziców na to stać, drugie trafiają do przepełnionej świetlicy albo do pustego domu. Razem kieruje do samorządów środki na bezpłatne zajęcia pozalekcyjne i wyrównawcze, żeby rozwój talentów przestał zależeć od zasobności portfela.

Dzieci czytające przy stołach w bibliotece szkolnej — obraz popołudnia, które rozwija zamiast przechowywać.

Dzwonek na koniec ostatniej lekcji dzieli polskie dzieci na dwie grupy. Jedne idą na basen, angielski, robotykę albo korepetycje z matematyki, bo rodziców na to stać. Drugie wracają do pustego mieszkania z kluczem na szyi albo trafiają do świetlicy, w której jeden wychowawca pilnuje kilkudziesięciorga podopiecznych i mało kto zdąży rozwinąć jakikolwiek talent. Razem chce, żeby popołudnie spędzone w szkole znaczyło rozwój, a nie przechowanie — i kieruje do samorządów środki na bezpłatne zajęcia pozalekcyjne, wyrównawcze i koła zainteresowań.

Co dzieje się z dzieckiem po ostatniej lekcji?

Formalnie państwo tę godzinę reguluje. Artykuł 105 Prawa oświatowego zobowiązuje szkołę podstawową do zapewnienia zajęć świetlicowych uczniom, którzy zostają dłużej ze względu na czas pracy rodziców albo organizację dojazdu do szkoły. Świetlica jest więc prawem, nie uprzejmością dyrektora — i korzysta z niego ogromna część roczników. Kontrola Najwyższej Izby Kontroli pokazała, że we wrześniu 2016 roku do świetlic zapisano około 876 tysięcy uczniów, czyli ponad 40 proc. wszystkich dzieci w publicznych szkołach podstawowych. Popołudnie spędzone w szkole jest więc doświadczeniem większości roczników, a nie marginesem, który dałoby się pominąć.

Problem w tym, jak ta codzienność wygląda. Rozporządzenie w sprawie organizacji publicznych szkół wyznacza granicę: na zajęciach świetlicowych pod opieką jednego nauczyciela może pozostawać nie więcej niż 25 uczniów. W praktyce próg bywa przekraczany — NIK odnotowała, że w części skontrolowanych szkół limit 25 uczniów na jednego nauczyciela został przekroczony, a grupy w niemal wszystkich placówkach powstawały nie wedle potrzeb rozwojowych dzieci, lecz według godzin lekcji i rozkładu jazdy szkolnych autobusów. Świetlica z takim obłożeniem staje się salą, w której najważniejsze jest utrzymać porządek, a nie zorganizować dziecku ciekawe popołudnie.

Świetlica najbardziej obciąża najmłodszych: według NIK klasy I–III stanowiły około 82 proc. jej uczestników — dane poglądowe z kontroli z 2016/2017 roku, ilustrujące, że przepełnienie dotyka głównie siedmio- i ośmiolatków, którzy sami do domu jeszcze nie wrócą.

Kiedy jedna osoba odpowiada za kilkadziesięcioro dzieci w różnym wieku, o zajęciach plastycznych, szachach czy głośnym czytaniu trudno mówić serio. Zostaje dozór. Dochodzą do tego warunki lokalowe: świetlicę urządza się często w sali lekcyjnej zwalnianej dopiero po zajęciach, w rogu stołówki albo na korytarzu, bo osobnego pomieszczenia po prostu brak. Skutek jest wszędzie podobny — dziecko spędza w szkole jeszcze dwie, trzy godziny, ale wychodzi z nich z niczym poza odhaczoną obecnością.

Najdotkliwiej odczuwają to mniejsze miejscowości, które ostatnio dodatkowo obrywają falą likwidacji małych szkół — dzieci z zamkniętych placówek trafiają do gęstszych i bardziej obleganych. Tam, gdzie w mieście lukę po lekcjach wypełnia prywatna oferta, na wsi tej oferty nierzadko nie ma wcale, więc rodzic, który chce dla dziecka czegoś więcej niż dozoru, musi tego „więcej" poszukać na własny rachunek i często daleko od domu — i tu zaczyna się druga część problemu.

Czy koła zainteresowań są dla wszystkich, czy tylko dla zamożnych?

Rynek zajęć dodatkowych w Polsce urósł do rozmiarów, których szkoła publiczna dawno nie nadąża pokryć. Z corocznego badania CBOS wynika, że w roku szkolnym 2023/2024 za płatne zajęcia dodatkowe dla dzieci płaciło rekordowe 72 proc. rodziców — dla porównania w 1998 roku było to 42 proc. Najczęściej finansowano naukę języków obcych (50 proc. rodziców) i zajęcia sportowe (42 proc.), a z korepetycji korzystało 29 proc. rodzin. Średni miesięczny rachunek za dokształcanie jednego dziecka sięgał około tysiąca złotych. To wydatek, który dla części gospodarstw domowych jest oczywisty, a dla innych — nieosiągalny.

Granica przebiega dwiema liniami naraz: portfela i mapy. Z oferty rynkowej korzystało 82 proc. rodziców w miastach wobec 59 proc. na wsi, bo poza dużym ośrodkiem szkoła językowa czy klub sportowy często po prostu nie istnieją. Jeszcze mocniej różnicuje wykształcenie: za dodatkowe zajęcia płaciło 92 proc. rodziców z wyższym wykształceniem i 43 proc. z wykształceniem zawodowym lub niższym. Dziecko z małej miejscowości, z rodziny o niższych dochodach, startuje więc z pozycji, w której talentu nie ma jak rozwinąć — nie dlatego, że go nie ma, lecz dlatego, że nikt za jego rozwój nie zapłaci.

Nazwano to trafnie ukrytą prywatyzacją edukacji. Publiczna szkoła zapewnia podstawę, a wszystko, co daje realną przewagę — biegłość językowa, przygotowanie do egzaminów, sport wyczynowy, kompetencje cyfrowe — przenosi się do płatnego obiegu, do którego dostęp reguluje zamożność rodziców. W efekcie wynik egzaminu ósmoklasisty czy matury zależy nie tylko od zdolności ucznia, lecz w rosnącym stopniu od tego, ile jego rodzina mogła dopłacić do przygotowania. Nierówność, która zaczyna się przy pustej świetlicy i braku koła zainteresowań, kończy się przy rekrutacji do lepszego liceum i na uczelnię.

Co proponuje Razem

Skierujemy do samorządów środki na bezpłatne zajęcia pozalekcyjne, żeby powstrzymać rosnące nierówności i zapewnić dzieciom rozwój ich talentów, niezależnie od zamożności ich rodziców.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Szkoła równych szans”, partiarazem.pl

Razem odpowiada na rynek korepetycji nie zakazem, lecz publiczną alternatywą — ofertą, która jest darmowa i dostępna w samej szkole, także tam, gdzie żadnej prywatnej szkoły językowej ani klubu w promieniu wielu kilometrów nie ma.

  • Pieniądze dla samorządów na bezpłatne zajęcia pozalekcyjne — koła zainteresowań, sport, sztukę, naukę języków i kompetencje cyfrowe finansowane ze środków publicznych, żeby rozwój talentu nie zależał od tego, ile zarabiają rodzice.
  • Zajęcia wyrównawcze zamiast płatnych korepetycji — „Program dla edukacji" Razem stawia na bezpłatne zajęcia wyrównawcze i koła zainteresowań, które nadrabiają zaległości w szkole, zanim rodzina będzie musiała po nadrabianie sięgnąć do własnej kieszeni.
  • Godne warunki opieki po lekcjach — świetlica z liczbą dzieci w granicach normy i z zajęciami, a nie przechowalnia, w której jeden wychowawca dogląda kilkudziesięciorga podopiecznych.

Te postulaty domykają się dopiero razem z pieniędzmi i z uczciwym wynagradzaniem nauczycieli. Bezpłatne zajęcia dodatkowe ktoś musi poprowadzić, a Razem wiąże koniec darmowych nadgodzin z porządnym finansowaniem oświaty — o skali potrzebnych nakładów piszemy w tekście o 6 proc. PKB na edukację. Popołudnie w szkole to zresztą nie tylko zajęcia, lecz i podstawowa opieka — z ciepłym posiłkiem włącznie, o czym mowa w tekście o darmowym obiedzie dla każdego ucznia. Wszystkie te wątki spina hub Wyrównywanie szans.

Źródła i dalsza lektura